Gdy tylko pomyślała o chacie i spojrzała w stronę morza, przed jej oczami zamajaczył w ostatniej poświacie zachodzącego słońca ciemny kształt. Jak najbardziej mógł być cichą przystanią, którą wciąż pamiętała. Postanowiła pobiec w tamtym kierunku, starając się robić jak najmniej hałasu. Gdy zbliżyła się na najmniejszą możliwą odległość, przykucnęła i zaczęła czołgać się w poprzek drogi biegnącej prawą stroną wzdłuż brzegu lasu. Miała nadzieję, że strażnicy nie dostrzegą w mroku pełzającej sylwetki.

Skradanie się przy ziemi na drugą stronę traktu wydawało się wiecznością. W końcu dotarła do drewnianej ściany. Jeszcze tylko musiała znaleźć drzwi. Tym razem poszło szybciej niż za pierwszym razem, ponieważ wejście stało przed nią otworem. Wczołgała się więc do środka, podniosła się i zatrzasnęła ciężkie, drewniane wrota – zupełnie niepasujące do biednej, małej chaty. Przynajmniej tak wyglądała z zewnątrz. W tym samym momencie mrok się rozjaśnił. Frijen przestraszyła się, że znajdują się tu gospodarze, których dawno temu nie było dane jej poznać. Rozejrzała się wokoło. Panowała doskonała cisza. Najwyraźniej nikogo oprócz niej tutaj nie było. Coś w duszy podpowiedziało jej, by zasunęła sztaby. Odwróciła głowę w stronę drzwi i dostrzegła dwie metalowe szyny, przytwierdzone do desek. Dały się lekko przesunąć przez zaczepy umieszczone w ścianie.

Dopiero teraz poczuła wielkie zmęczenie. Osunęła się na ziemię, siadła na podłodze, oparła głowę o drzwi i cicho zapłakała.

Jej mąż znajdował się w pobliżu Stolicy, w szeregach wojska generała Brefranta. Był dowódcą IX Pułku Wojsk Księstwa Dytlibertii. Frijen zgłosiła się jako łączniczka – wbrew woli Riterrima – ponieważ chciała być blisko męża. Nie dbała o to, czy będzie na nią zły. Tak bardzo modliła się, by nic mu się nie stało. Tak bardzo tęskniła i nienawidziła tej wojny.

Kiedy emocje nieco ucichły, zaczęła zdawać sobie sprawę z tego, że miejsce, w którym się znajduje, jest co najmniej dziwne. Pierwszym razem, pochłonięta misją przekazania Królowej wieści z granic Wschodniego Księstwa, zupełnie nie zastanowiła się nad wyglądem domu ani nad jego przeznaczeniem. Przypomniała sobie, że na ścianach wisiały obrazy. Nie wiadomo, dlaczego wezbrała w niej dziecięca ciekawość – wstała, by sprawdzić, czy dalej tam są.

To, co ujrzała, wprawiło ją w prawdziwe osłupienie. Białe płótna, które ostatnim razem wisiały puste, zapełniły się scenami… z jej życia. Był obraz przedstawiający audiencję u Królowej Angahostry i następny, ukazujący ucieczkę na koniach dwojga ludzi – kobiety i mężczyzny. Kolejne płótno przedstawiało starożytną świątynię i zaślubiny.

Był też czwarty nowy obraz. Ukazany był na nim płonący statek, dryfujący na środku morza. W jego kierunku leciały zapalone strzały z proporcami Lenkerii i Vinhollingii.

„Jedną chwilę” – pomyślała. – „Poprzednim razem obrazy też przedstawiały sceny z mojego życia. Nie wiem, jaki to ma sens, ale wtedy ostatnie płótno ukazywało to, co dopiero miało się wydarzyć. Nie słyszałam, by jakiś okręt spłonął w napaści Lenkerów i Vinhollingów. Prawdę powiedziawszy, nie było wieści o żadnym wspólnym ataku sąsiednich armii. Jeśli ma do niego dojść…, być może będę mogła temu zapobiec…”

– Możesz uratować Riterrima… – usłyszała głos w sercu.

Myśli w jej głowie zaczęły biec z szybkością błyskawicy, splatając się ze sobą i odbierając możliwość spokojnego rozumowania. Najpierw poczuła wielki żal i strach z powodu tego, co zobaczyła na obrazie oraz usłyszała wewnątrz swojego serca. Nie mogła się z tym pogodzić, że coś z natury złego mogłoby być ustalone z góry. Niczego nie potrafiła zrozumieć.

„Co to za miejsce?” – przemknęło jej przez myśl.

Chociaż była osobą bardzo uduchowioną, zdjął ją wielki lęk, kiedy świat snów wynurzył się z głowy i stał się realny.

Popatrzyła przez okno na półpiętrze. Ciemność nocy nie nadchodziła – choć minęły już dni, w których słońce chowało się jedynie odrobinę pod horyzontem, a noc stawała się wielogodzinnym świtem. Była pewna, że spędziła tu co najmniej godzinę. Czyżby czas na zewnątrz płynął inaczej? Nie wiedziała też, skąd pochodziła jasna poświata wewnątrz domu – mimo że nie paliła świec, mogła dostrzec wszystko.

Zeszła na dół do przestronnej, jasnej izby. Pokój wyglądał nieco inaczej niż wtedy, gdy widziała go po raz pierwszy. Przed kominkiem stał jeden duży fotel w ciemnozielonym kolorze, pokryty pięknym, nowym aksamitem. Nad paleniskiem wisiał wielki zegar, który wskazywał godzinę 10:48. Ściany zapełniały białe, puste płótna w drewnianych ramach. Tylko na jednym widniał obraz – przedstawiał duży, mosiężny klucz. Oprócz tych przedmiotów nie było tu już niczego innego.

Fotel zapraszał niejako, by na nim usiąść. Zmęczona ucieczką zagłębiła się więc w miękki aksamit i zrobiło się jej ciepło, przytulnie – wręcz błogo. Jej myśli zaprzątały wciąż sceny z obrazu, przedstawiającego płonący okręt. Pomyślała, że trzeba już iść, by ostrzec ludzi w zatoce. Zerknęła na tarczę zegara. Wciąż była 10:48. Może był zepsuty, nienakręcony? Spojrzała na niebo za oknem. Szarzało takimi samymi barwami, jakie widziała, gdy czołgała się do chaty. Wewnątrz i na zewnątrz panowała doskonała cisza. Zdezorientowana nie chciała uwierzyć w tajemniczość tego miejsca. Podczas ostatniego pobytu zupełnie nie zwróciła uwagi na znaki, które teraz wydawały się tak wyraźne. Wtedy jednak bez zastanowienia uwierzyła w swój sen. Zwłaszcza po spotkaniu Riterrima.

Może powinna poddać się uczuciu spokoju, jakie ogarniało ją w tej miękkiej, doskonałej, przepastnej ciszy? Przymknęła oczy i po raz pierwszy od wielu miesięcy mogła poczuć swoje myśli ostre i świeże jak zapach lodowca.

„Najważniejsze, od czego powinnam zacząć, to porzucić strach przed nieistnieniem. Strach jest potrzebny tylko w życiu na Planecie. Dzięki niemu możemy przetrwać. Strach jest potrzebny na zewnątrz…” – myślała z coraz większą przytomnością umysłu.

Kiedy udało jej się uwolnić od lęku, oczyma duszy ujrzała zachodzące nad horyzontem morza słońce – i palący się okręt, na którego pokładzie znajdowali się najważniejsi dowódcy wojsk powstańczych Wapauty. Było ich ponad stu. W ich stronę leciał nieprzerwanie deszcz płonących, wycelowanych strzał. Nie mogli się bronić. Powietrze przesycone było bólem i śmiercią. Z okrętu stojącego niedaleko brzegu dochodziły przerażające krzyki. Na lądzie dostrzegła swego męża, który chciał płynąć z kilkoma wojownikami na pomoc załodze zaatakowanego statku. Wsiedli do łodzi. Z początku nikt ich nie zauważył. Kiedy podpływali już do masztów stojących w ogniu, okręt nagle przełamał się na dwie części. Kadłub przewrócił się na bok, a wzbudzona tym fala wywróciła łódkę Riterrima do góry dnem.

(fragment Rozdziału VI – Wapauta)